MIMOSZKOLNIE | Blog o edukacji i szkolnictwie.

maj/12

17

Bakalarczyk: Bolesne cięcia

Likwidacja szkół  staje się   zjawiskiem  coraz bardziej masowym.  Warto już teraz myśleć o jego skutkach, zwłaszcza w odniesieniu do grup najsłabszych –  uczniów dotkniętych wykluczeniem społecznym  i niepełnosprawnością. To one  najboleśniej odczują skutki dokonanej reorganizacji sieci szkół.

Koszty oddalenia

Najbardziej oczywistą konsekwencją zmian będzie oddalenie miejsca nauki od miejsca zamieszkania. Rodzi to duże koszty jak i niedogodności. W pierwszym oświadczeniu programowym „ Porozumienia Oświatowego[1 dokładnie je wymieniliśmy.

Są to: po pierwsze,   koszty finansowe związane z organizacją  dojazdu. Niezależnie od tego w jakiej mierze opłacą je  gminy, a w jakiej  rodzice – społeczności będzie to słono kosztować,  Po drugie,  są to koszty czasowe ( jak pokazała kontrola NIK z 2009 roku w Warmii i Mazurach wiele uczniów pozostawało poza domem wiele godzin oczekując po lekcjach   na odwiezienie do domu przez zorganizowany transport.[2] Dziś wiele uczniów z obszarów wiejskich spędza kilkadziesiąt minut w drodze do szkoły, z uwagi na to, że konieczność objechania wielu wsi wydłuża czas dojazdu do szkoły.[3] Po trzecie, realnym kosztem ( choć nie przeliczalnym łatwo na pieniądze) jest zmniejszenie bezpieczeństwa  dzieci w drodze do  daleko położonej szkoły. Wszystkie te  koszty niepostrzeżenie mogą przełożyć się na obniżenie kapitału rozwojowego w młodym pokoleniu. Szczególnie jednak boleśnie mogą odczuć to uczniowie i rodzice z grup defaworyzowanych – niepełnosprawnych oraz tych dotkniętych ubóstwem ( część doświadcza obydwu ryzyk jednocześnie – według danych GUS wśród rodzin z przynajmniej jednym dzieckiem  niepełnosprawnym, 11%  nie przekracza granicy minimum egzystencji!)

Zahamowanie inkluzji

Jeśli chodzi o dzieci ubogie, zwłaszcza na obszarach wiejskich, często mogą one nie trafić na czas do  szkoły,  zwłaszcza  że ich rodzice niekoniecznie posiadają samochody, co nie jest rzadkością na terenach wiejskich.  Z kolei transport publiczny nie zawsze działa na polskiej prowincji. Przez minioną dekadę można było obserwować
wygasanie  zarówno połączeń kolejowych  jak i autobusowych. Jak pisała niedawno Rzeczpospolita Coraz mniej jest połączeń autobusowych i kolejowych. Z rocznika statystycznego GUS wynika, że w 2000 roku z regularnych połączeń autobusowych skorzystało 826,6 mln podróżnych. W 2010 roku już tylko 476,1 mln. Polacy autobusami i pociągami nie jeżdżą, bo na prowincji ich już prawie nie ma.”.[4]

Także w dużych miastach dowożenie dzieci środkami miejskiego transportu bywa dla wielu rodzin nie lada problemem. I logistycznym i finansowym. Dla przykładu w Warszawie, gdzie pod nóż poszło w tym roku wiele
szkół, równocześnie mamy do czynienia z podwyżką cen biletów. Gminy mają obowiązek zapewnienia dzieciom transportu jeśli szkoła położona jest powyżej 3 km. od miejsca zamieszkania ( klasy 0-IV) lub 4 km ( klasy V-VI i gimnazja), zaś najubożsi pobierający zasiłek rodzinny mogą dostać dodatek w wysokości 50 zł ( za dojazd do innej miejscowości) lub 90 zł (  w związku zamieszkaniem  poza własnym domem, w miejscowości w której
dziecko pobiera naukę). Wszystko to są koszty publiczny, a realizację tych zasad nie każda uboga rodzina jest gotowa się upomnieć. Poza tym by dostać dodatek trzeba znaleźć się pod restrykcyjnym progiem dochodowym – 504 zł. W rodzinie lub 583 gdy w rodzinie jest dziecko niepełnosprawne. Wiele rodzin niezamożnych, choćby minimalnie przekraczających niski próg,   jest zatem pozbawionych wsparcia.

Drugi problem wiąże się z tym, że chodzenie do szkoły poza miejscem zamieszkania rodzi  potencjalnie
większe trudności w kontaktach zarówno ze społecznością lokalną jak i instytucjami wsparcia, które działają w okolicy zamieszkania dziecka. W przypadku dzieci ubogich ma to ogromne znaczenie. Już teraz  koordynacja i komunikacja między służbami społecznymi a placówkami edukacyjnymi – szwankuje. A to od współpracy między
tymi instytucjami – o czym szerzej pisałem w Nowym Obywatelu[5] – zależy właściwe zidentyfikowanie potrzeb i deficytów rozwojowych dziecka oraz skuteczne zaadresowanie adekwatnego wsparcia. Co gorsza, nawet jeśli udałoby się nawiązać i uruchomić trwałą i pogłębioną współpracę między wspomnianymi instytucjami , w sytuacji oddalenia szkoły od miejsca zamieszkania, istnieją obawy, że będzie ona  słabo zakorzeniona w środowisku życia dziecka. Nie wystarczy bowiem dobra współpraca instytucji. Potrzebne jest również jej osadzenie w społeczności, w której dziecko się wychowuje. Odległość szkoły  od miejsca zamieszkania często fizycznie uniemożliwia dzieciom wiejskim korzystania z zajęć pozalekcyjnych i wyrównawczych. Jak wskazują specjaliści Federacji Inicjatyw Oświatowych wiele  dzieci nie może w nich partycypować z uwagi na to, że ostatni autobus do domu odjeżdża wcześniej niż kończą się owe zajęcia.

Bariery integracji

Nie lepiej wygląda sytuacja uczniów niepełnosprawnych, nawet tych nie cierpiących z powodu ubóstwa. Jedna
nauczycielka ze szkoły integracyjnej  w Łodzi powiedziała mi,  że omawiana likwidacja szkół może zaprzepaścić szanse na  edukację integrację dzieci niepełnosprawnych. Obawy związane z likwidacją szkół,  można rozszerzyć także na nauczanie włączające ( w ramach szkół masowych i ogólnodostępnych klas). Konieczność
dojazdu może prowadzić nie tylko do niedogodności, ale niekiedy stanowić wręcz barierę w korzystaniu z edukacji. Transport publiczny, zwłaszcza na obszarach peryferyjnych nie jest przygotowany dla przewożenia dzieci z
niepełnosprawnością ruchową. Dla wielu z nich to, że szkoła znajduje się w pobliżu jest jedyną szansą na uczestnictwo w edukacji razem z innymi. Także dzieci z niepełnosprawnościami intelektualnymi mogą boleśnie odczuć konieczność dojazdów. Są to często dzieci mniej przewidywalne, o zaburzonych możliwościach
oceny sytuacji i w związku z tym szczególnie narażone na niebezpieczeństwo na drodze, z dala od domu. A nie wszyscy rodzice  mogą pozwolić sobie na dowożenie i pilnowanie swoich pociech. Część z tych dzieci  w tej sytuacji może  wypaść poza system oświaty, co odbierze im szanse rozwoju jak i budowania  więzi społecznych z rówieśnikami. Rodzice zaś mogą zostać zmuszeni do rezygnacji z pracy przynajmniej w dotychczasowym wymiarze, co zwiększa ryzyko ubóstwa.

Pogłębianie izolacji

Problem zapewnienia transportu dla niepełnosprawnych uczniów nie jest problemem nowym, związanym wyłącznie z postępującą likwidacją szkół.  Dotyka już od dawna  także wiele uczniów, którzy uczą się w ramach
szkół specjalnych. Wobec deficytu realnych możliwości  kształcenia w szkołach czy klasach integracyjnych
bądź masowych, często szkoła specjalna jest jedyną alternatywą względem pozostania w domu. Wiele szkół specjalnych położonych jest na obrzeżach miasta lub wręcz poza nim, z mało gęstą siecią komunikacyjną. Bywając w jednej z takich szkół w Łbiskach (pod Piasecznem) miałem okazję nieco dokładniej to zaobserwować. Sama szkoła, choć wydawała się przestrzenią bardzo przyjazną dla niepełnosprawnego dziecka, położona była w otoczeniu dość  odludnym, z dala od większych kompleksów zabudowań.  Niemała część uczniów mieszka więc z internacie ( żeby jednak przejść ze szkoły do internatu, trzeba przejść przez szosę, co jest niebezpieczne i rodzi konieczność ciągłego nadzoru).  Umieszczenie dziecka w tego typu internacie to nie tylko dodatkowy koszt dla rodziców, ale i ze swej istoty niezbyt korzystna sytuacja dla przebywających tam dzieci.  Dzieci przebywają w swoistej izolacji, z dala
od rodziców, co ogranicza  z jednej strony ich  emocjonalne bezpieczeństwo i potrzeby rodzicielskiego ciepła, a z drugiej strony utrudnia włączenie rodziny w proces wychowania i opieki przez szkołę, co byłoby wskazane z punktu widzenia rozwoju dziecka, zwłaszcza wymagającego z przyczyn społecznych lub biologicznych szczególnego wsparcia. Ponadto, dziecko przebywając w internacie tylko z dziećmi niepełnosprawnymi, nie ma zbyt wielu możliwości kontaktów z dziećmi pełnosprawnymi, co przyniosłoby obustronne korzyści. Żeby była jasność,
internaty bywają potrzebne, jednak społecznie szkodliwe jest by przebywało  w nich coraz więcej dzieci niepełnosprawnych z uwagi na brak oferty edukacyjnej dla nich w pobliżu miejsca zamieszkania. A masowy proces likwidacji szkół do tego prowadzi, dorzucając kolejny głaz na drodze ku bardziej integrującemu i włączającemu modelowi edukacji w Polsce.
***

Przedstawione w artykule argumenty powinny dać do myślenia decydentom. Tam gdzie nie jest możliwe już  z przyczyn prawnych czy ekonomicznych  zatrzymanie procesu likwidacji placówek, warto dołożyć starań by złagodzić tego skutki – by oddalenie szkoły od miejsca zamieszkania w jak najmniejszym stopniu nie tworzyło barier i nie przekładało się na indywidualnie ponoszony koszty dla dzieci i ich rodziców, zwłaszcza tych najsłabszych – niepełnosprawnych i wykluczonych. Zniknięcie z mapy Polskiej oświaty wielu szkół różnych szczebli staje się faktem. Jest jednak także wyzwaniem dla reorganizacji systemu by pełnił on w nowych warunkach  funkcje opiekuńcze, integracyjne i wyrównawcze.

Artykuł w nieco skróconej i zmodyfikowej wersji ukazał się pierwotnie w tygodniku społeczno-oświatowym ” Głos nauczycielski” z dnia 16 maja 2012


[1] http://www.demokratyczne.pl/984/stanowisko-dzs-razem-przeciwko-likwidacji-szkol-szkol-za-nowoczesna-i-egalitarna-edukacja
[2] Por. http://nowyobywatel.pl/2012/03/11/coraz-dalej-do-szkoly

[3] tamże.

[4]A.Niewińska, Degradacja Polski powiatowej, Rzeczpospolita, 30 marca 2012 r.

http://www.rp.pl/artykul/852454.html

[5] R.Bakalarczyk, Między edukacją a pomocą społeczną, w: Obywatel, nr 4/2011

No tags

Znane słowa,  które miała rzec ongiś Anna Walentynowicz iż  „Każdy ma tyle wolności,  ile sam sobie weźmie” zdają się niestety   pasować do opisu sytuacji wielu defaworyzowanych grup w Polsce. Przykładem są dzieci niepełnosprawne w systemie oświaty. Parafrazując powyższy cytat, można powiedzieć, że mogą one cieszyć się taką liczbą praw edukacyjnych, ile ich rodzice dla nich wywalczą. Jak pisze Ewa Winnicka w tekście „ Uszarpani” [1]system z założenia nieźle wspiera tę grupę, w praktyce jednak by prawa ich były realizowane, rodzice muszą je sobie wyszarpywać ( zwłaszcza poza  segmentem szkół specjalnych).  W przeciwnym razie system z chęcią pominie potrzeby ich i ich dzieci.

Niestety dużo w tej diagnozie racji, aczkolwiek można się spierać   – także na gruncie wiedzy zaprezentowanej w artykule – czy samy ramy prawne są rzeczywiście  korzystne dla dzieci niepełnosprawnych? Dobrze skonstruowany system praw w duchu prospołecznym, powinien nie tylko zawierać zapisy mówiące o tych prawach, ale także zapisy o gwarancji  tych praw egzekucji. I tu właśnie polska edukacja szwankuje. (więcej…)

No tags

Edukacja integracyjna jest często rozumiana jako włączenie dzieci niepełnosprawnych do głównego nurtu nauczania i wychowania wraz z innymi dziećmi,  a nie pozostawianie ich osobnym segmencie szkolnictwa specjalnego. Integracja jest tu zaprzeczeniem segregacji. Choć na gruncie pedagogiki społecznej edukację integracyjną rozpatruje się na wielu płaszczyznach ( por. D. Al-Khamisy, Edukacja przedszkolna a integracja społeczna, Warszawa 2006, s 114-118 ) najczęstsze rozumienie tego pojęcia jest takie  jak wyżej. W praktyce polskiej polityki oświatowej ową integracyjność  wyraża  tendencja do  umieszczania  coraz więcej dzieci niepełnosprawnych w segmencie integracyjnym i włączającym,  przy jednoczesnym ograniczaniu liczby dzieci uczących się w szkołach specjalnych.   Niezależnie na ile uważamy ten kierunek za słuszny ( moim zdaniem taki jest, pod warunkiem, że zastosowane będą z rozmysłem i wyczuciem odpowiednie narzędzia – w klasie integracyjnej służy temu np. dodatkowa obecność pedagoga specjalnego obok nauczyciela przedmiotu) warto pamiętać, że do pewnego stopnia integracja powinna być stosowana także wobec dzieci, które nadal zostaną – choćby ze względu na poziom i rodzaj niepełnosprawności – poza systemem powszechnym, w szkołach specjalnych.

Sam dotychczas bardziej zajmowałem się sytuacją dzieci niepełnosprawnych w ogólnodostępnym i integracyjnym systemie kształcenia, jednak społecznie uzasadnione jest przekroczenie tego horyzontu i podjęcie działań na rzecz włączenia w procesy integracyjne także tych, którzy na co dzień uczą się w szkołach specjalnych,  z dala od możliwości kontaktu z pełnosprawnymi rówieśnikami.  Ostatnio miałem okazję uczestniczyć w tego typu praktyce w jednej ze szkół specjalnych. Doświadczenie to natchnęło mnie ku kilku refleksjom systemowym. Ale najpierw opis przypadku.

                                                        Integracja bez interakcji

Integracja polegała na tym, że do szkoły specjalnej, gdzie uczą się dzieci o zróżnicowanym poziomie niepełnosprawności intelektualnej przybyła grupa uczniów, na oko w wieku gimnazjalnym czy z pierwszych klas szkoły średniej, wyselekcjonowana przez fundację zajmującą się integracją przez sport i kulturę. Integracja polegała na tym, że dzieci otrzymały arkusze papieru, z których mieli odrysowywać z matrycy a następnie kolorować motyle, a ich  część miała być powielona na szkolnej ścianie. Pomysł jak najbardziej trafny. Tyle, że w praktyce ujawniły się słabości.  Na kilkunastoosobową grupę gości przypadła tylko trójka dzieci ze szkoły, która była gospodarzem. Uczniowie ci usiedli z brzegu w swoim gronie, a reszta w małych grupkach w innych częściach korytarza. Słowem: nawet podczas zajęć z integracji doszło do samorzutnej dezintegracji w przestrzeni, w której zetknęły się dzieci. Uczniowie ze szkoły specjalnej pracowali de facto osobno i osobno uczniowie z zewnątrz. Poza tym każdy pracował sam, ewentualnie w parach. Efektem był niemal zanik interakcji między obydwoma grupami, która mogłaby właśnie stanowić instrument integracyjny.

Gdy nauczycielka która zaprosiła mnie do pomocy tego dnia, powiedziała, że tak właśnie wygląda źle zorganizowana integracja, powiedziałem to pani z Fundacji która przywiozła młodzież i zasugerowałem, że może wystarczyło jednak jakoś dzieci wymieszać ze sobą, by przez ten krótki czas się choć trochę poznały. Ona od razu skoczyła do swoich podopiecznych i zasugerowała, żeby ci którzy skończyli, przysiedli się do uczniów ze szkoły specjalnej i wraz z nimi malowali na wspólnym kartonie. Tak też się stało – część  młodzież pracowała obok siebie, zawiązały się między innymi rozmowy itp. Nie wiem czy jestem dość wnikliwym  obserwatorem,  ale wydaje mi się, że wzajemny stosunek dzieci z obydwu grup był życzliwy i integracja, choćby krótkotrwała, była możliwa.

Jednocześnie jej potencjał wciąż był ograniczony. Pierwszym ogranicznikiem był czas – czy w ciągu godziny zajęć można się poznać, zrozumieć? Raczej nie. Drugim ogranicznikiem było to, że dzieci z jednej grupy  było kilka razy więcej niż  z drugiej,  przez co część była wykluczona z bezpośredniej możliwości integracji.

                                                                Do czego należałoby dążyć?

Moim zdaniem:

po pierwsze – do tego by od początku dzieci ze sobą były wymieszane i angażowane do tych samych, wspólnych zadań.

 Pod drugie, dobrze  byłoby aby były to zadania zespołowe, ale z jednej strony do wykonania  w małych zespołach ( duża grupa może nie sprzyjać bardziej osobowym relacjom),  a z drugiej  – by nie były zbyt trudne ( by każdy mógł je z grubsza wykonać i nikt nie czuł się gorszy),

po trzecie, dobrze byłoby gdyby liczba dzieci z dwóch szkół była w miarę symetryczna, by każdy mógł uczestniczyć w bezpośredniej integracji;

 po czwarte,  by spotkania odbywały się nie jednorazowo, ale co najmniej kilka razy – wówczas jest szansa na stworzenie nieco trwalszej więzi między jednostkami.

Po piąte, ważna wydaje się integracja nie tyle w czasie pracy ( czyli w przypadku dzieci – w czasie nauki) tylko  w czasie wolnym, a więc na przykład wówczas gdy dzieci jedzą razem posiłki czy oddają się rozrywce. Duże pole działania dają wspólne wyjazdy, ale takie rozwiązanie choć pożyteczne wymaga dużych nakładów czasowych, ludzkich, finansowych  i organizacyjnych, więc trudno prawdopodobnie je zastosować na skalę systemową.

Integracja, która by wychodziła w kierunku dzieci ze szkół specjalnych niestety nie jest wciąż popularna, a nawet istniejące inicjatywy – jak ta, której przypadek opisałem powyżej, często nie spełniają wspomnianych warunków powodzenia.

Obok powyższych  uwag szczegółowych, warto  na koniec dodać dwie ogólne.

1)   Edukacja integracyjna powinna być zjawiskiem nie tylko wewnątrzszkolnym, ale także międzyszkolnym. Dzięki temu możliwa będzie włączenie w proces integracyjny dzieci i młodzież, które uczą się w szkołach specjalnych. Integracja wiąże się z filozofią inkluzywnego ładu społecznego, a więc powinna ze swej  istoty nie wykluczać dzieci ze względu na typ szkoły do jakiej uczęszczają. Każdy chętny powinien mieć możliwość udziału w niej.

2)   Integracja uczniów powinna zachodzić także w przestrzeni pozaszkolnej, a przynajmniej w   czasie pozalekcyjnym. Być może  w tym celu warto wykorzystać w większym niż dotąd stopniu powstałe w minionym roku rządowe „ Orliki” a także   mające powstawać na dużą skalę w czasie rządów bieżącej kadencji „ Świetliki”?

No tags

W wielu krajach,  w opracowaniach na temat wykluczenia edukacyjnego, czynnikiem który się uwzględnia jest pochodzenie etniczne dziecka. W Polsce ten wątek poruszany jest rzadziej, co ma swoje źródło w stosunkowo jednolitej narodowościowo strukturze społeczeństwa polskiego. Mniejszości nie są statystycznie istotne. Nie zmienia to jednak faktu, że osoby do nich należące nie borykają się z problemem wykluczenia lub marginalizacji. Mała  liczebność grupy osób wykluczonych lub zagrożonych wykluczeniem nie powinna zwalniać władzy publicznej z zainteresowania się jej problemami. A takie występują w przypadku dzieci romskich, o których specyficznej sytuacji nieraz zapomina się także w publikacjach na temat nierówności i segregacji edukacyjnych.

(więcej…)

No tags

Za jeden z największych sukcesów modernizacyjnych w Polsce ostatnich lat uważa się zwiększenie wskaźnika objęcia dzieci opieką przedszkolną. Faktycznie – choć wciąż jest on jednym z najniższych wśród krajów UE – skok wydaje się imponujący. Jak z dumą podaje na swoich stronie Kancelaria Prezesa Rady Ministrów „ Działania rządu przyczyniły się do upowszechnienia edukacji przedszkolnej. Wśród dzieci 3-5 letnich w latach 2007–2009 wzrosło ono o 20 proc. Obecnie edukacją przedszkolną objętych jest już 64 proc. z nich. Dla porównania, w roku szkolnym 2006–2007 było to tylko 44 proc.”[1], a Ministerstwo Edukacji Narodowej podkreśla, że obecnie w grupie 5-latków wskaźnik ten wynosi  81 procent ( wzrost o  25 punktów procentowych roku 2006/2007. [2] Zmiany są więc znaczące. Warto jednak zapytać o rozkład korzyści i kosztów, jakie im towarzyszą. (więcej…)

· · ·

Sytuacja młodych ludzi nie jest łatwa. Są jednak w ramach młodej generacji grupy, wobec których zagrożenie wykluczeniem społecznym  jest szczególnie duże.  Jedną z nich są osoby niepełnosprawne. Chwała autorom rządowego raportu Młodzi 2011, że o tym przypominają.  Szkoda, że  mimo wszystko robią to dość zdawkowo, nie wspominając o istnieniu społecznych barier, które wynikają z niewłaściwie prowadzonej polityki na poziomie krajowym, lokalnym czy wewnątrz-instytucjonalnym (np. zarządzania przedszkolem, szkołą czy uczelnią).  Brakuje też w raporcie czytelnych propozycji co (a tym bardziej jak?) należy zreformować. Jest tylko ogólny postulat zmian. Rekomendacja 22  stanowi: „Dokonać radykalnych zmian w opiece nad dziećmi niepełnosprawnymi w celu wzmocnienia ich potencjału rozwojowego poprzez adekwatny system edukacji (od przedszkola do szkoły wyższej), umożliwiający w przyszłości usamodzielnienie życiowe poprzez podjęcie pracy.’’[1] Co gorsza, kwestia ta została także pominięta w dodatku implementacyjnym.[2] Można więc odnieść wrażenie, że władza nie ma pomysłu na rozwiązanie tego problemu.

(więcej…)

· ·

Teoretycznie młodzież w wieku szkolnym ma w związku z nadejściem wakacji więcej powodów do radości niż inne grupy wiekowe, np. ludność pracująca (zwłaszcza w obliczu prekaryzacji życia, która sprawia, że duża część pracowników nie ma zagwarantowanego prawa nawet do krótkiego urlopu). W praktyce jednak także dla dużej części  dzieci i młodzieży   zakończenie roku szkolnego wcale nie musi oznaczać ulgi i perspektywy relaksu i przyjemności. W ostatnim Przeglądzie[1] słusznie opisano szereg tego powodów, uzasadniających tezę, iż wakacje często nie stają się czasem wypoczynku, a okresem pogłębiania nierówności. Chciałem uzupełnić tę diagnozę o kilka mniej wyeksponowanych wątków. Okazuje się bowiem, że w obecnym układzie stosunków społecznych wakacje nie tylko pogłębiają nierówności, ale także wykluczenie.

(więcej…)

· · ·

Koło Naukowe Filozofii Prawa, działające na Uniwersytecie Wrocławskim, zaprasza na konferencję pod patronatem Dziekana Wydziału Prawa, Administracji i Ekonomii UWr.:

“Kształcić, nauczać, reprodukować. Modele edukacji prawniczej”.

Konferencja odbędzie się w dn. 7-8 kwietnia, w Sali Rady Wydziału (bud. A, s. 119). Początek godz. 9:00.

Program konferencji

· ·

Paweł Pieniążek i Krystian Szadkowski opublikowanym przed kilkoma dniami na witrynie Krytyki Politycznej tekstem „Jak odbić się od dna?” rozpoczęli dyskusję nad kondycją i przyszłością ruchu studenckiego w Polsce, w szczególności nad kondycją i przyszłością jednego z ważnych aktorów tego ruchu – Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego. Czy dyskusja ta została rozpoczęta w sposób rzetelny, czy można było rozpocząć ją lepiej, łagodniej, nie narażając się na zarzut „gryzienia po kostkach”? – te pytania, jakkolwiek istotne i warte przemyślenia zarówno przez autorów tekstu, jak i przez członkinie i członków DZS, nie powinny zdominować jej dalszego przebiegu. Nie powinny, jeśli tylko dyskusja ta ma okazać się rozwojowa dla ruchu, który za cel stawia sobie walkę o równy i powszechny dostęp do edukacji.

(więcej…)

· ·

Tekst powstał  na podstawie referatu wygłoszonego przez autorkę podczas konferencji “Konflikt-Wykluczenie-Demokracja. Wizje wspólnoty politycznej”, zorganizowanej przez Zakład Filozofii Społecznej i Politycznej Instytutu Filozofii oraz Zakład Teorii Polityki Instytutu Politologii Uniwersytetu Wrocławskiego w dniach: 08.12.09 – 09.12.09


Wstęp
Artykuł  przedstawia  sposoby, w jakie edukacja bierze udział w procesach wykluczania oraz wspiera proces tworzenia i odtwarzania społecznych różnic, a także pogłębiania rozwarstwienia społecznego. Stawiam w nim silną tezę, że edukacja stanowi istotną przestrzeń oraz narzędzie wykluczenia, przy czym teza ta dotyczy przede wszystkim edukacji formalnej, która, zgodnie z definicją zawartą w Słowniku Pedagogicznym, obejmuje “kształcenie oparte na stałych pod względem czasu i treści nauki formach, od szkoły początkowej po uniwersytet, […] systematyczny przekaz wiedzy, umiejętności i postaw w ustalonym miejscu i czasie, [którego celem jest] uzyskanie formalnych kwalifikacji potwierdzonych odpowiednimi świadectwami i dyplomami”[1]. Punkt wyjścia dla czynionych poniżej rozważań stanowi diagnoza dokonana przez liczne grono badaczy, zarówno rodzimych, jak i światowych[2], dotycząca ograniczonych możliwości międzypokoloweniowego awansu społecznego oraz ruchliwości wewnątrzpokoleniowej. Diagnoza ta rodzi pytanie, dlaczego, pomimo charakterystycznej dla nowoczesnych społeczeństw zmiany dominującego modelu międzypokoleniowej mobilności społecznej i dowartościowania roli kompetencji w procesie uzyskiwania określonych pozycji społecznych, osobom wywodzącym się z niższych warstw społecznych trudno jest osiągnąć wyższy status. W artykule zwrócę uwagę na kilka z możliwych odpowiedzi na to pytanie, które jako istotny czynnik wskazują specyfikę systemu edukacji formalnej. Przedstawię odpowiedzi, jakich dostarczają teorie reprodukcji struktury społecznej przez system oświatowy, zajmę się kwestią ukrytego programu szkoły jako narzędzia podtrzymywania społecznych różnic, a także zwrócę uwagę na aspekt ideologiczny edukacyjnej ekskluzji. Zacznę jednak od wyjaśnienia, co rozumieniem przez wykluczenie i do jakiego rodzaju wykluczenia odnoszą się poniższe rozważania.

(więcej…)

· · · ·

Older posts >>

/